Rozpoczęty kilka dni temu okres pokutny łatwo jest przeżyć jako jeden wielki płacz nad Męką i Śmiercią Chrystusa. Jednakże towarzyszące Wielkiemu Postowi pasyjne nabożeństwa i przebijająca z niego pobożność „krzyżowa” mają prowadzić do czegoś więcej: do odkrywania prawdy poprzez zmianę lub korygowanie myślenia o Bogu, o drugim człowieku i o samym sobie. I tym będzie właśnie nawrócenie. Do tego potrzebne są nam modlitwa, post i jałmużna – uczynki, o których słyszeliśmy w Ewangelii odczytywanej w Środę Popielcową. Modlitwa, by rozwinąć i pogłębić relację z Bogiem – by dopuścić go do tych przestrzeni mojego życia, w których jeszcze nie kieruję się Jego prawem. Post, by poznać samego siebie – swoje ograniczenia, nieuporządkowane pragnienia, swoje przywiązanie do rzeczy i wartości przemijalnych. I jałmużna, by nauczyć się być dla drugiego i dawać mu siebie – tracić swój czas, siły i środki materialne na mądrą pomoc, która pomoże bliźniemu stanąć na nogi. „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię” (Mk 1,12). Tam modlił się i pościł, żeby wejść na drogę składania jałmużny z samego siebie.
Ważne podkreślenia są też słowa Jezusa, które poprzedzają wezwanie do nawrócenia i wiary w Ewangelię: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże” (Mk 1,15). Ewangelista Marek używa tam greckiego słowa „kairos”, które oznacza „ten oto”, „ten właściwy” czas, odpowiedni moment do działania, stworzony przez okazję i niepowtarzalne, przemijające okoliczności. Jeśli Chrystus tak mówi do nas na samym początku Wielkiego Postu, to po to, żebyśmy nie zwlekali, nie odkładali na później nawrócenia i pracy nad sobą, bo bardziej właściwej chwili nie będzie. To jest ten moment, żeby wołać z pokorą i zaufaniem: „Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami. Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń, Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję” (Ps 25,4-5). Ale jest to również wezwanie do wiary, że Królestwo Boże, od momentu przyjścia Syna Bożego na świat, cały czas jest blisko – to nie są tylko słowa, ale rzeczywistość!
I tutaj dochodzimy do prostego, ale bardzo potrzebnego pytania: czy wierzę w sakramenty i w ich realne działanie? Taka refleksja powinna wracać do mnie bardzo często: czy wierzę, że to, co jest wypowiadane, co słyszę na własne uszy, dzieje się naprawdę tu i teraz? A może przelatuje to gdzieś obok mnie jako opowieść z dawnych czasów i nie dotyka w ogóle mojego wnętrza? Może już tak bardzo przyzwyczaiłem się do tego, co słyszę choćby podczas Eucharystii, że nie dostrzegam w tym nic więcej niż rytuał?
Pełny tekst komentarza dostępny jest na portalu Deon.pl: TUTAJ