31 października 2021

Prawdziwa miłość

31. niedziela zwykła

Często bezwiednie powtarzamy takie powiedzenia jak: „Miłość nie wybiera” czy „Serce nie sługa”. Mamy wtedy oczywiście na myśli sytuację, w której ktoś zakochał się bezgranicznie w drugiej osobie i odtąd nie widzi już świata poza nią. I choć zakochanie to piękna sprawa, a bezinteresowna miłość dwojga ludzi zasługuje na pochwałę i podziw, to jednak – choć trudno w to uwierzyć człowiekowi zauroczonemu – świat nie kończy się na tej osobie, którą tak bardzo kocham. Mój świat i właściwe jego postrzeganie (przez pryzmat miłości) wtedy tak naprawdę się zaczynają, bo dopiero wówczas mogą zyskać właściwy wymiar.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii tłumaczy, odpowiadając na pytanie uczonego w Piśmie, jak powinna wyglądać miłość. Wskazuje na jej trzy aspekty: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. (…) Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12,30.31). Jeśli miłość ma być prawdziwa, to nie może w niej zabraknąć żadnego z tych odniesień – do Boga, do bliźniego i do samego siebie. Każdy z tych wymiarów miłości połączony jest z pozostałymi i tylko razem wlewają w serce człowieka życie.

Źródłem i fundamentem wszystkich relacji miłości, jakie człowiek buduje, jest (czy może raczej: dobrze, żeby była) miłość człowieka do Boga, będąca w gruncie rzeczy odpowiedzią na darmową i nieogarnioną miłość Boga do człowieka, której wyrazem jest wydarzenie zbawcze Jezusa Chrystusa: „Takiego bowiem potrzeba nam było arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa, takiego, który nie jest obowiązany, jak inni arcykapłani, do składania codziennej ofiary najpierw za swoje grzechy, a potem za grzechy ludu. To bowiem uczynił raz na zawsze, ofiarując samego siebie” (Hbr 7,26-27).

Jezus nie tyko udowodnił człowiekowi, że Bóg chce jego zbawienia, lecz także dał przykład tego, jak kochać innych, oddając swoje życie. Miłość do bliźniego jest konieczną konsekwencją miłości przyjętej od Boga jako dar. I wreszcie kochać samego siebie oznacza w praktyce przyjąć do wiadomości, że Bóg naprawdę mnie kocha – pomimo wszelkich moich niedoskonałości czy zdrad wobec Niego. Więc jeśli on potrafi mnie „znieść”, to i ja powinienem znaleźć w tym fakcie powód do tego, żeby być dla siebie bardziej miłosiernym i nie budować swojej wartości już na niczym innym poza Bogiem.

Miłość może czasami wydawać się nam bardzo skomplikowana. Jest tak tylko dlatego, że to grzech komplikuje nasze relacje do Boga, do bliźniego i do siebie, sprawiając, że zaczynamy wybierać, kto zasłużył na naszą miłość, a kto nie jest jej godzien. Prawdziwa miłość nie wybiera. Kocha wszystkich.

To, że miłość do Boga powinna być na pierwszym miejscu, nie oznacza jednak, że inne osoby, które w swoim życiu spotykam i z którymi buduję relacje, mają być mniej ważne, a miłość do nich jest mniej istotna. Miłość do Boga i oddanie wobec Niego nie mogą być usprawiedliwieniem dla ubytków w miłości (lub całkowitego jej braku!) do bliźniego. Prawdziwa (może należałoby powiedzieć: zdrowa) miłość do Boga nie zajmuje całego ludzkiego serca i nie sprawia, że nie ma już w nim miejsca dla nikogo więcej. Wręcz przeciwnie: ta miłość właśnie poszerza serce człowieka i czyni je bardziej pojemnym.

Myślę, że dobrze ujmują to słowa św. Wincentego a Paulo, które czyta się w brewiarzu w dzień jego liturgicznego wspomnienia: „Jeśliby więc w czasie modlitwy należało podać lekarstwo albo udzielić innej pomocy potrzebującemu, idźcie z całym spokojem, ofiarując Bogu wykonywaną czynność, jak gdyby trwając na modlitwie. Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę. Nie zaniedbuje się Boga, kiedy się Go opuszcza ze względu na Niego samego, to jest kiedy się opuszcza jedno dzieło Boga, aby wykonać inne”.

Jeśli w jakiejś relacji jest prawdziwa miłość, to jest w niej też wolność, która daje tejże relacji oddech. Wolność jest nieodłączną towarzyszką miłości. Zaborczość, która jest straszną chorobą, odbiera ją bądź przynajmniej znacząco ogranicza. Człowiek może kochać jedynie wtedy, gdy jest wolny. Ileż to związków nie przeszło próby czasu, kiedy zabrakło w nich wolności! Ileż rodzin stało się toksycznymi środowiskami przez to, że przez brak wolności zaczęły funkcjonować jak totalitarne systemy! Ileż osób straciło wiarę w Boga przez to, że religia stała się dla nich jedynie opresyjnym systemem nakazów i zakazów, a nie narzędziem ułatwiającym rozwijanie relacji z Ojcem!

Nie możemy jednak mylić wolności w miłości z wolną miłością, dla której wierność jest czymś przestarzałym i niedzisiejszym. Wierność jest pamięcią miłości. Wierność nie odbiera mi wolności, ale przypomina o wyborze, którego w wolności dokonałem. Przypomina mi, Komu obiecałem swą miłość. Oczywiście, że wierność jest jedną z trudniejszych składowych relacji miłości. Trudno jednak mówić o miłości bez wierności.

Miłość wydobywa z człowieka to, co ma on w sobie najpiękniejszego. Miłość, jakkolwiekby nie unosiła człowieka ku niebu i nie dodawała mu skrzydeł, wyraża się w konkretach codzienności. Wzniosłe uczucia jej towarzyszące są jedynie miłym dodatkiem, lecz nie da się na nich budować trwałych relacji z Bogiem i ludźmi. W pewnym momencie trzeba po prostu zejść na ziemię.

Dobrze oddaje to reakcja uczonego w Piśmie na wypowiedź Jezusa o najważniejszych przykazaniach: „Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary” (Mk 12,33). Miłość popycha człowieka do bezinteresownego obdarowywania ukochanej osoby – czy będzie nią Bóg, czy też bliźni. Całopalenia i ofiary są pełnym romantyzmu wyrazem miłości do Boga. Tak jak kwiaty czy czekoladki dla dziewczyny lub żony, jak dobry film po ciężkim dniu pracy jako okazanie miłości do siebie samego.

To wszystko jest piękne i potrzebne, ale zarazem jest nadzwyczajne czy wręcz odświętne. Dlatego ważniejsze są codzienne konkrety. Kocham Boga. Wspaniale, ale co dalej? W jaki sposób Mu to okazuję? Miłuję bliźnich. No dobrze, a jak się to wyraża w konkretnych czynach? Kocham siebie. Co więc jestem w stanie zrobić dla swojego dobra? Miłość to nie wzdychanie. Miłość to oddech życia.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Deon.pl: TUTAJ

ks. Mateusz

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
186 0.084978818893433