Człowiek jest istotą, która potrzebuje kochać i być kochanym. Pytanie, czy „kochać” zawsze oznacza „miłować”... Często nasze „kochanie” nie ma nic wspólnego z prawdziwą miłością, która jest cierpliwa i łaskawa, która jest w stanie wszystko przetrzymać, jak pisze w swoim liście św. Paweł (1 Kor 13).
Często okazuje się, że w swoich zapewnieniach o miłości jesteśmy bardzo gołosłowni, bo w tej „miłości” bywamy egoistyczni: szukamy swego, zazdrościmy, unosimy się gniewem i pamiętamy o tym, co złe – zupełnie odwrotnie niż pisze Apostoł Narodów. W niektórych sytuacjach adekwatnymi byłyby raczej słowa: „Kocham się”.
Miłość Pana Boga do każdego człowieka, o której tak wiele się w Kościele mówi, nie ma nic wspólnego z naszymi „miłościami”. Bóg nie rzuca słów na wiatr. Kiedy mówi, że kocha, to kocha – aż na zabój. Nie znaczy to jednak, że miłość Boża sprawia, iż nasze życie będzie usłane różami. Bóg mówi wprost do Jeremiasza: „Będą walczyć przeciw tobie”, po czym za chwilę dodaje: „ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą”. Boża miłość nie powoduje zniknięcia wszystkich problemów na świecie: „Wiele wdów było w Izraelu (...), a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu (...), a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.
Znaki i cuda, które działa Jezus, mają być dla nas jak kwiaty, które zakochany wysyła swojej wybrance. W bukiecie tym znajduje ona bilecik ze słowami: „Kocham cię!”. I nie są to słowa rzucone na wiatr. Te słowa prowadzą Jezusa na Golgotę.
ks. Mateusz Tarczyński
(rozważanie z biuletynu parafialnego nr 5/2016)