Pociąga nas to, co wielkie, potężne, silne i mocne. Naszą uwagę zwracają na siebie zwycięzcy, a nie pokonani. Dech w piersiach zapierają wielkie budowle oraz wspaniałe dzieła techniki i sztuki. Marzymy o podboju kosmosu. Chcemy być wielcy i doświadczać wspaniałości.
„To przecież nic złego!” – powiedziałby niejeden. Niby prawda. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że w tym pędzie do wielkości, w wierze w postęp za wszelką cenę, przegapimy zupełnie to, co małe, niepozorne, kruche, ale niezwykle ważne i istotne dla naszego życia.
„A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich. Z ciebie wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności” – brzmią dziś słowa z Księgi proroka Micheasza. Chrystus przyszedł na świat w tej, można powiedzieć, zapadłej dziurze praktycznie niezauważony. Wcześniej, ledwie począł się w łonie Maryi, a już swoją obecnością poruszył Jana Chrzciciela w łonie Elżbiety.
W wierze musimy być fizykami molekularnymi, którzy wiedzą jak ważne dla zrozumienia praw przyrody są cząstki elementarne. Mamy być tymi, którzy poszukują w świecie „boskiej cząstki” – tej najistotniejszej. Nie mogę na koniec nie zacytować słów piosenki: „Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest”.
ks. Mateusz Tarczyński
(rozważanie z biuletynu parafialnego nr 4/2015)